ładowanie...

Czy za karę zabroniłbyś dziecku jedzenia warzyw?

Trwają matury, za kilka dni rusza egzamin ósmoklasisty. Od kilku tygodni z grup treningowych „znikają” zawodnicy — bo rodzice odbierają im sport jako karę za słabe oceny lub w nadziei na uzyskanie lepszych.

Zwykle słyszę dwa uzasadnienia. Oba — moim zdaniem — chybione.

„Na trening idzie zbyt dużo czasu, brakuje go na naukę”

Intuicyjnie brzmi sensownie. Doba ma 24 godziny, trening zabiera 1,5-2 godziny plus dojazd, więc logicznie — to są godziny, których nie można przeznaczyć na zakuwanie. Tylko że ta logika nie zgadza się z tym, co od kilkudziesięciu lat pokazują badania.

Najszerzej cytowanym przeglądem w tym temacie jest publikacja Donnelly’ego i współpracowników z 2016 roku — systematyczny przegląd kilkudziesięciu badań przeprowadzonych w grupie dzieci 5-13 lat. Wniosek: aktywność fizyczna i ogólna sprawność są dodatnio skorelowane z funkcjami poznawczymi i wynikami w nauce. Co istotne — większa liczba godzin WF-u i sportu w tygodniu nie obniża wyników w nauce, mimo że teoretycznie zabiera czas „na naukę”.

Drugie badanie warte przypomnienia to praca naukowców z uniwersytetów w Strathclyde i Dundee, którzy przeanalizowali dane prawie 5 000 dzieci urodzonych w latach 1991-92 i sprawdzili, jak ich aktywność fizyczna przekłada się na wyniki egzaminów z angielskiego, matematyki i nauk ścisłych. W brytyjskiej kohorcie „Children of the 90s” wyższy poziom aktywności fizycznej w wieku 11 lat wiązał się z lepszymi wynikami egzaminów w kolejnych latach, szczególnie u dziewcząt w naukach ścisłych. Nawet niewielki wzrost codziennej aktywności korelował z mierzalnie lepszymi wynikami szkolnymi.

Można na to patrzeć od strony fizjologii. Wysiłek fizyczny zwiększa dotlenienie mózgu, podnosi poziom czynnika BDNF (białka, które wspiera tworzenie nowych połączeń między neuronami), poprawia jakość snu i regulację emocji. Wszystkie te rzeczy są podstawą koncentracji i efektywnej nauki. Można też patrzeć od strony psychologii — dziecko, które ma jasno zorganizowany tydzień (szkoła-trening-praca domowa-sen), zwykle uczy się efektywniej niż dziecko, które ma „mnóstwo czasu” na podręcznik i kończy z telefonem w ręku.

Innymi słowy: zabranie treningów dziecku, które ma problem z wynikami w szkole, to nie jest zwolnienie czasu na naukę. To jest zabranie mu jednego z narzędzi, które temu uczeniu się sprzyjały.

Posłużę się przykładem anegdotycznym, wynikającym z mojej pracy trenerskiej. W grupie zawodników Krakowskiego Centrum Taekwon-do o najwyższym poziomie sportowym — medalistów Mistrzostw Świata w taekwon-do czy Mistrzostw Polski w kickboxingu — od lat znajdują się w ogromnej większości uczniowie, którzy chodzą do najwyżej sklasyfikowanych krakowskich liceów. Spośród tych, którzy już zakończyli swoją karierę zawodniczą, większość ukończyła studia magisterskie i są programistami, lekarzami czy inżynierami. Stanowią oni żywy przykład, że łączenie treningów i edukacji szkolnej jest możliwe.

„Nie pójdziesz na trening, dopóki nie poprawisz ocen”

Drugie uzasadnienie jest jeszcze bardziej rozpowszechnione. Trening lub zawody traktowane są jako „nagroda”, którą można wstrzymać, żeby zmotywować nastolatka do nauki. To, technicznie rzecz biorąc, klasyczny szantaż wychowawczy stanowiący akt ostatecznej desperacji rodziców.

Sport regularnie uprawiany przez nastolatka:

  • dotlenia mózg i wspiera procesy uczenia się,
  • poprawia koncentrację,
  • poprawia jakość snu,
  • rozładowuje stres,
  • daje strukturę dnia,
  • uczy radzenia sobie z porażką,
  • uczy współpracy w grupie,
  • daje środowisko z mentorem (trenerem) i zdrowymi rówieśnikami,
  • chroni przed nadwagą i jej konsekwencjami zdrowotnymi w dorosłości.

Jest do jedzenia warzyw bardzo, bardzo podobny — działa profilaktycznie, długoterminowo, na wielu poziomach naraz. Z tą różnicą, że nikomu nie przyszłoby do głowy karanie poprzez ograniczanie spożycia warzyw, a ograniczanie treningów — jak najbardziej.

Bierze się to chyba z prostego błędu kategoryzacji: skoro trening sprawia mu radość, to znaczy, że to rozrywka. Tylko że to, że coś jest przyjemne, nie wyklucza tego, że jest jednocześnie zdrowe. Akurat sport ma to do siebie, że łączy te dwie rzeczy — i właśnie dlatego, że jest przyjemny, dziecko będzie go uprawiać dalej, nawet bez naszej presji.

Co więc zrobić z tymi ocenami?

Tu nie mam gotowej recepty, bo każde dziecko jest inne. Mogę się natomiast podzielić tym, co widzę u tych zawodników, którzy słabo idą w szkole, a sport pomaga im wyjść z dołka:

  1. Rozmowa zamiast ultimatum. Sprawdźcie, na czym konkretnie polega problem. Czy to brak zrozumienia materiału? Konflikt z nauczycielem? Problemy emocjonalne? Trening tutaj nic nie zaszkodzi, korepetycje albo wizyta u psychologa znacznie pomogą.
  2. Trener jako sojusznik, nie wróg. Większość trenerów wie, kiedy zawodnik ma kryzys w szkole. Powiedzcie nam o tym — często możemy pomóc rozłożyć obciążenia, podpowiedzieć metody zarządzania czasem, czasem nawet pogadać z nastolatkiem jak nie-rodzic.
  3. Higiena dnia, nie więcej godzin nauki. 30 minut dziennie powtórki materiału + sen + trening + posiłki bez ekranu zrobią więcej dla ocen niż 4-godzinne wieczorne sesje przy biurku.
  4. Jeśli już musi być cięcie — to nie sport. Jeśli rzeczywiście trzeba czegoś dziecku odjąć, niech to będą scrollowane media społecznościowe albo gry, a nie aktywność, która utrzymuje mu zdrowie psychiczne i fizyczne.

A Wy? Słyszeliście kiedyś od dziecka „mama nie pozwala mi przyjść, bo dostałem trójkę z fizyki”? Jak Wy jako rodzice, trenerzy, byli zawodnicy podchodzicie do tego dylematu? Skomentuj: Facebook – Instruktor Sportu.